Nie ukrywam, że od zawsze to podejrzewałem i czułem przez skórę, że nie ma takiego rodzaju i kalibru nikczemności i bezeceństwa, których nie można przypisać panu Przewodniczącemu Sławomirowi Wrędze. Jak tylko go poznałem, pomyślałem sobie, czy aby to nie jego widziano w oknie wieżowca w Dallas. Co z tego, że miał wtedy może 2 lata albo go jeszcze nie było na świecie – to mógł być on. Zastanowiło mnie też to, że gdy byliśmy na otwartej przestrzeni, to zawsze na słowa Pana Przewodniczącego echo odpowiadało: „Biada, biada!” albo: „Czarnobyl, Czarnobyl!”. Znamiennym też jest fakt, że zawsze tam, gdzie stąpnie, kwiaty schną i ptaki mylą kierunki świata (ponoć wysłał przez to stada bocianów na Szpicbergen). Jednym słowem niczego dobrego po nim się nie spodziewałem i nie spodziewam. Ale dopiero pismo zarządu ZAP na temat jego odpowiedzialności za spadek cen akcji uświadomiło mi skalę problemu. Ten człowiek to prawdziwy geniusz zła, przy nim niejaki James Moriarty to zwykły dyletant i przedszkolak. Ile trzeba mieć w sobie zła i – nie bójmy się tego słowa – krynicznej podłości, żeby mając na swych usługach całą machinerię finansową, na ofiarę wybrać sobie Grupę Azoty. Nie IBM, nie Goldman Sachs, ale właśnie Grupę Azoty, a w szczególności Zakłady Azotowe Puławy. Można na podstawie pisma Zarządu domniemywać, że Pan Wręga jest kimś pokroju Georga Sorosa, tylko że sto razy gorszym i bardziej okrutnym, bo lubi swoim ofiarom patrzeć w oczy (stąd jego zatrudnienie w ZAP). Moim zdaniem bez pudła można mu jeszcze przypiąć: głód w Kongo, plagę kokluszu w Patagonii, wyniki polskiej reprezentacji w piłkę kopaną i rozdarte dzieci mojego sąsiada. Niech nie zmylą nas pozory – ten facet w słomianym kapeluszu opowiadający ze swadą o przygodach na polowaniu jest jak Gandalf, Dumbledore, Sauron, Dracula, Yoda etc. w jednym.

Na koniec zacytuję tekst piosenki Kazika Starszewskiego:

„Wiecie więc, że ja was bawiłem śpiewem (tekstem) swym:
Tylko dla zwykłej draki – w ogóle prawdy nie ma w tym…
To zwykły kawał jest…
Darujcie – to już ballady kres…”

Sławomir Kamiński