Jest tak, że największymi wrogami homoseksualistów – czy jak kto woli: gejów – są kryptogeje, co to sami lubią, żeby życie miało smaczek: raz dziewuszka, raz chłopaczek. Podobnie jest z łowcami agentów, jeśli ktoś nie ma jasnego kwitu z IPN, że agentem nie był, to jest głębokie podejrzenie, że próbuje zakrzyczeć swoje agenturalne kwity. W NSZZ wszyscy (!) we władzach moją legitne kwity z IPN, a jeśli nie mają lub je podrabiają, to wcześniej czy później kończą jak TW „Ala”.

Jedni do stoczni byli dostarczeni przez SB motorówką, a inni z Bogdanki niebieską nyską.

W Bogdance tacy goście pracowali na takim etacie, co to nie trzeba przychodzić do pracy, a kasę się dostaje. Tak SB tworzyło legendę dla swoich agentów, gdy w Azotach ktoś pytał: „Gdzie robiłeś wcześniej?”, to odpowiadał: „W Bogdance”. Nikt nie pytał: „Czemu zmieniłeś pracę? Czemu nie chciałeś przejść na wcześniejszą emeryturę, skoro jako elektryk miałeś w kopalni robotę lżejszą od spaceru w Wilanowie? Stary, czy łatwo jest się przenieść w stanie wojennym z jednego zakładu do drugiego?”.

Legenda głosi, że teczki osobowe takich ludzi są puste (my tego nie wiemy, bo przecież nie mogliśmy do nich dotrzeć – no bo jak? 😊 😊). Nie jest to dziwne, bo gdyby nie były puste, to można by poczytać, za czyją zgodą się przenosili i jakie czynniki partyjne (na szczęście nie wszyscy pomarli) o tym decydowały. W Bogdance wybredne myszy zjadły akurat teczkę tego jegomościa (nie wiemy, czy tak jest – no bo skąd? 😊). Mikrofilmy jednak nie są lubiane przez gryzonie – tak twierdzą szczury z IPN (oczywiście nie wiemy nic o tym, że szczury mają gniazda w zbiorze zastrzeżonym IPN – no bo niby skąd?).

Gdyby jednak historia wyglądała tak: młody chłopak z podpuławskiej wiochy dostał propozycję współpracy od SB – szybka i łatwa kasa. Ze szkoły średniej wzięli go na szkolenie, ale dla potrzeb legendy zatrudnili równolegle i fikcyjnie w ogromnej firmie, na przykład w kopalni węgla, gdzie pracuje kilka tysięcy osób, co zapewnia anonimowość. Później dostał służbowe przeniesienie do innego zakładu pracy, celem rozpracowywania struktur, w stanie wojennym było to modne. Co ciekawe przyszły buntownik i wojownik nie buntował się przeciw komunie, nie obalał systemu – dopiero później obudził się w nim rewolucjonista. Chłopak pracował i pucował nie tylko turbinę, ale też kolegów, ale tak niedużo, żeby się nic nie wydało. Czekał na sygnał i doczekał się. Służba kazała, ale też pomogła (nic o tym nie wiemy, bo przecież żaden skruszony towarzysz stojący nad groblem do nas nie przyszedł 😊). Od tamtej pory zaczęła się kariera polegająca głownie na walce z wolną Polską i w obronie komuchów. Jedyną zagadką było: skąd taka nienawiść do innych TW? Wszystko jednak się wyjaśniło: jeden był ze Służby Bezpieczeństwa (MSW) a drugi z WSW (znaczy nie wiemy, no bo skąd, przecież żaden oficer prowadzący się nie wypruł).

Gdyby ta historia była prawdziwa, to puzzle magicznie złożyłyby się same w piękny obraz, a świat byłby bardziej zrozumiały. Podobnie jak wystawne obiady naszego niezłomnego bojownika ze swoim śmiertelnym wrogiem w tarnowskiej knajpie o wdzięcznej nazwie Cristal czy tam Bristol.